wtorek, 3 czerwca 2008

Z optymizmem do 2012


Temat na wpis podsunęła mi znajoma, choć nie powiem, żebym sam się tym jakoś nie interesował. Tylko akurat nie przyszło mi do głowy, że można by o tym napisać.

Koniec Świata.

Nie, nie chodzi o ten kiepski zespół muzyczny, który gra w Kaliszu przy okazji Punky Reggae Live czy Juwenaliów.

Mam na myśli raczej potencjalny, różnie wyobrażany proces zakończenia wszystkiego. Można to też odnieść do końca świata, w sensie jakieś odludne, daleko położone miejsce, np. Pęczniew lub Sankt Petersburg.

No ale żeby koniec świata jako proces zakończenia wszystkiego mógł nastąpić, musi najpierw nastąpić proces przeciwny czyli powstanie świata - potencjalny, różnie wyobrażany proces powstania wszystkiego. Świat powstał mniej więcej tak jak w znanym mi wierszyku pióra ś.p. Kurta Vonneguta:
Wicio znalazł szczyptę Powszechnej Woli Zaistnienia,
Nie wiedział co z nią zrobić, dodał do jedzenia.
Był to pomysł niebiezpieczny,
Z Wicia mamy sześć Dróg Mlecznych.
Koniec Świata miał nastąpić na przełomie roku 999 i 1000, a potem na przełomie 1999 i 2000. Najbliższa znana wszystkim data końca to rok 2012, konkretnie 21 grudnia. Wtedy kończy się kalendarz Majów, a jak wiadomo, Majowie ustalili sobie kalendarz tylko do dnia, w którym przestanie on im być potrzebny. Szkoda że wszyscy umarli już dawno temu. No ale dobrze, że wtedy będzie ten koniec, bo przynajmniej nie będę musiał wymieniać dowodu na nowy.

Ludzie różnie wyobrażają sobie koniec świata. Np. w Apokalipsie św. Jana jest to przedstawione jak jakieś wielkie widowisko, a'la koncert Mars Volty czy wystąpienie Andrzeja Leppera na trybunie sejmowej, ale to już nigdy więcej, a Mars Volta już niedługo. W tej wersji jest dużo hałasu, światła, smoki, jeźdźcy, pieczęcie i ogólnie jeden wielki burdel.

W wersji innej, nawet całkiem prawdopodobnej - rok 2036, uderza w Ziemię planetoida Aphosis.

Bum. I koniec świata.
Hopsasa.

Musiałoby to być strasznie nieciekawe. Wiele miliardów ludzi (obstawiam, że do tego roku będzie nas już ok. 10 000 000 000) zginie w jednej chwili razem z planetą. I roślinami, i zwierzętami. I pozostanie tylko śmiercioodporny Benji.

Z tymże nikt nie dożyje roku 2036, bo świat zniknie 24 lata wcześniej. Ale szkoda.

Mam nadzieję, że przynajmniej będzie widowiskowo.

W 2012 mija mi też odroczenie służby wojskowej. No ale jak mnie wezmą przed 21 grudnia, to może zginę w mundurze jak jakiś bohater wojenny. Z kim będę walczyć? Pewnie z Majami, którzy wrócą po swój kalendarz. Przyjdą i zrobią jeden wielki burdel.

Bum. I koniec świata.

1 komentarz:

Zielony Delfin pisze...

nono, miło wiedzieć, że coś zasugerowałam ;)
ciekawy wpis. jak zwykle. dziękuję, że mam teraz co czytać :)
a z Majami chętnie bym podyskutowała, jakbym znała ich język. no chyba, że oni będą znać jeden z tych które ja znam.
przygotuję sobie listę pytań, mam jeszcze kilka lat...