wtorek, 26 sierpnia 2008

Coke Live 2008

21.8.2008, ok. 23:30 pociąg wjechał na dworzec główny w Poznaniu i zatrzymał się przy peronie 5. Jako że nie miałem tego dnia szczególnego do roboty, postanowiłem wsiąść do tego pociągu. Wsiadłem zatem i rozglądnałem się za wolnym przedziałem.
***
Trafiłem do przedziału, w którym było 3 ziomków. Zobaczyłem jakieś butelki i puszki na podłodze i wiedziałem, że to miejsce dla mnie.
***
Przyjęli mnie od razu, zaproponowali ogórka małosolnego, papierosa, żubrówkę, piwko. No nie mogłem odmówić. Zrewanżowałem się na tyle dobrze, że do końca podróży opróżniliśmy prawie 0.7 old smugglera.
***
Trochę pogadaliśmy i zapytałem ich po co jadą do Krakowa. Powiedzieli, że na Coke Live Music Festival. Hm. Dalej zapytałem co to, bo właściwie nie wiedziałem. Powiedzieli, że to taka impreza gdzie występuje kilku dobrych, kilku przeciętnych i kilku słabych wykonawców. Pomyślałem, że może fajnie byłoby się na to przejść.
***
Jak dojechaliśmy do Krakowa okazało się, że miasto zburzone i festiwal odwołany. No to wróciłem autostopem do domu i się skończyło się.
***
I myślę sobie, że napiszę tutaj takie coś, to wszyscy uwierzą, ale chyba by się jednak nie udało. Więc prawdziwe były akapity nr.2 i 3.
***
Jak już byłem na dworcu w Krakowie to pokręciłem się trochę wte i wewte (tzn. obszedłem dookoła cały dworzec ze dwa razy) w poszukiwaniu Amandy i Mai. No i w końcu je znalazłem. No i poszliśmy.
***
Ale do sedna, bo chodzi właściwie o ten cały Coke Live Music Festival, w skrócie Kołk.
***
No i tu nie wiem co napisać. Pierwszego dnia byliśmy na trzech koncertach, tzn. ja byłem i Paulina była, i Gosia była, i Kasia była, a Maja i Amanda nie były, bo gdzieś poszły, a Maja musiała pić colę, chociaż nie lubi. Zdarza się.
***
Najpierw grała moc światła misia, w skrócie Hurt, czyli taki polski shit-punkowy zespół śpiewający o nienawiści do korporacyj (dlatego właśnie zagrali na imprezie sponsorowanej przez Coca-Cola Company). No trochę tam poklaskałem, ale raczej żeby zachować decorum, bo byłem w pierwszy rzędzie.
***
Potem byli Kaiser Chiefs. No tu już ładnie, ładnie, Przyjemny rock, przez niektórych zwany indie. Słownik w wordzie podpowiada mi, żeby indie zapisać wielką literą, ale widocznie word nie słucha indie. W każdym razie na ich koncercie było już lepiej, chociaż ssało mnie z głodu. Na szczęście Kasia poczęstowała piernikowym djarumem, chociaż zostały jej jedynie dwa. Odmówiłem, ale nalegała, to wziąłem, dzięki wielkie jeszcze raz. Po tym djarumie trochę stłumiłem głód, także wytrzymałem cały ten koncert i jeszcze kolejny, czyli…
***
…Timbalanda. Timbaland to taki wielki, czarny ziomek, który trochę mruczy do mikrofonu, robi bity i produkuje utwory innym wykonawcom. Zrobił fajne show, powiedział ludziom, że to najlepszy koncert jaki kiedykolwiek dał.
***
Potem były fajerwerki.
***
Potem pojechaliśmy krakowskim nocnym (wiadomo o co chodzi) do centrum. Jechał z nami jeszcze Andrzej, którego wcześniej nie było w tej opowieści, bo pojawił się dopiero po fajerwerkach. Z centrum poszliśmy do Biura Ochrony Lasu. Tam posiedziało się, trochę wypiło, a Amandę użądliła pszczoła i trzeba było zadzwonić po pogotowie. Pani z pogotowia stwierdziła, że nie ma siły, żeby Amanda nie piła alkoholu, ani nie brała narkotyków. Po prostu nie było takiej opcji. W szpitalu Amandę odżądlili, czy coś. Miała tam więcej przygód, ale jak będzie chciała to może sama coś na ten temat napisze, będzie wtedy wpis Saint Benji feat. Diggerowa. W każdym razie poszliśmy z Mają po Amandę do tego szpitala koło 5 rano, ale kazali jej tam jeszcze siedzieć, to wróciliśmy, a potem Maja poszła sama, bo się spało się. Tak minął wieczór i poranek, dzień pierwszy.
***
Dnia drugiego obudziliśmy się jakoś koło 14:30 (lub 2:30 pm, jakby się chciało być bardziej amerykańskim). Zjedliśmy coś, co teoretycznie powinno być śniadaniem, lub może śniadanioobiadem, a w rzeczywistości było jajecznicą. Wyszliśmy z BOLu i autobusem linii 159 pojechaliśmy na lotnisko.
***
Na lotnisku od razu grała Marika. Taka tam, nie wiem co o niej napisać, poza tym, że zagrała całkiem przyjemny cover Rehab Amy Winehouse. Poszło się napić się piwa. Wróciło się na koncert Seana Paula, z którego uciekłem, żeby zobaczyć The Car Is On Fire, taki polski zespolik, jeden z tych nielicznych wartych uwagi.
***
Jak wróciłem to już grała Missy Elliot, a właściwie to gadała, bo nie naśpiewała się zbyt wiele. Za to rozdała ludziom swoje buty, bo pewnie ktoś kto tam był, to z tego zdenerwowania, że Missy była kiepska, z papci wyskoczył. Jeśli tak, to do domu wracał w jednym bucie od Missy, bo drugi but dostał kto inny. Żelazna logika.
***
Na koniec grało Prodigy, ale na tym nie byliśmy, bo padało, czy coś, a my woleliśmy iść na piwo. Tym razem już z Kamilem, który dołączył wraz z jeszcze dwiema czy czterema koleżankami, których imion nie zapamiętało się. Jedna była Kasia albo Ania, ale ręki sobie nie dam uciąć, bo bardzo ją sobie cenię.
***
Gdy Prodigy skończyło, ruszyliśmy do wyjścia, gdzie czekał na nas Andrzej. Z Andrzejem po ciężkich bojach dotarliśmy do zatłoczonego przystanku autobusowego, pod który podjeżdżały jeszcze bardziej zatłoczone autobusy, a taksówki nie odbierały telefonów. Udało się złapać stopa i jakoś dotarliśmy do domu, jednak pan cieć nie chciał wpuścić z nami przemoczonego Andrzeja, który zrezygnował przed dwiema minutami z nocnego autobusu. Pan cieć coś tam poględził, że nic go nie obchodzi, że to że tamto, siamto, a nam było głupio. No i nie dało się nic zrobić, pożegnało się z Andrzejem. Trochę jeszcze popatrzyło się w telewizor i udało się na spoczynek. Tak minął wieczór i poranek. Dzień drugi.
***
Trzeci dzień to tam tylko sprzątanie i takie tam. Pojechaliśmy na dworzec, dziewczyny wraz z Michałem, który pojawił się dosłownie znikąd, poczekały ze mną na mój pociąg. Potem poszły na jakąś wystawę, która okazała się kiepska, a ja pojechałem do Kalisza.
***
Ogólnie nie narzekam.

1 komentarz:

Anonymous pisze...

Cześć Benji. Piękna notka i w ogóle, lol, jezdeś naszym bohaterem erem erem.