wtorek, 4 stycznia 2011

A imię jego 2000 i 11

Czwarty dzień nowego roku (2011, jakby ktoś jeszcze się nie zorientował) obliguje do podsumowania starego roku 2010. Na początek może krótki cytat z pewnej dość starej już książki, której autorów nie będę przytaczał, bo jest ich dość sporo:
A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią». I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre.
I tak upłynął wieczór i poranek - dzień czwarty.
Tytułem wstępu. Nie jest to nowość czytelnicza wydana w 2010 roku, którą chciałbym tutaj opisać jako wydarzenie specjalne. Nie. To po prostu pierwsze przyszło mi do głowy, gdy pomyślałem, że o północy, czyli 11 minut temu, rozpoczął się Dzień Czwarty.

Przechodząc do wątku głównego, którym jest wyżej wspomniane podsumowanie, pragnę zauważyć, że będzie ono dość lakoniczne ze względu na fakt, że minione 365 dni minęło mi dość leniwie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, czytanie książek i inne, podobne aktywności. Muzycznie odkrywałem raczej starsze meandry jazzu oraz wykonawców występujących na festiwalu Open'er. Książek nie czytałem, chyba że podręczniki. Tych za to przewertowało ładnych parę tysięcy stron. Nie ma sensu jednak o nich pisać.

Nie wiem czy jestem w stanie wymienić jakąkolwiek płytę muzyczną, która ukazała się w zeszłym roku. Nie będę ściemniać podając jakieś tytuły, z którymi zapoznałem się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Pominę więc i ten dział kultury.

Skupić trochę bardziej mogę się na filmach, bo tych oglądałem zdecydowanie więcej niż wcześniej. Jeśli chodzi o najlepszy obraz, to wybieram Jak zostać królem (The king's speech). Doskonały film przedstawiający historię księcia Alberta (Colin Firth), który po głośnej abdykacji swojego brata, króla Edwarda VIII, obejmuje tron Zjednoczonego Królestwa. Król jednak ma potworny kłopot z publicznym przemawianiem, jąka się i w kluczowych momentach nie może wydusić z siebie ani słowa. W zniwelowaniu tego problemu pomaga mu australijski terapeuta Lionel Logue (Geoffrey Rush). Film pokazuje narodziny przyjaźni pomiędzy członkiem rodziny królewskiej a zwykłym facetem z ludu. Mój faworyt do Oscara. Ale nie za najlepszą rolę.

Tę statuetkę zgarnie bowiem Leonardo di Caprio. Tylko nie jestem do końca przekonany czy za rolę w Incepcji czy w Wyspie Tajemnic. Stawiałbym raczej na Wyspę, chociaż obie role były trudne, wymagały balansowania pomiędzy różnymi światami, nie zawsze realnymi (w Incepcji większość akcji miała miejsce w wyobraźni bohaterów).

Zawiodła mnie natomiast Salt. I nie chodzi o to, że Angelina źle zagrała, bo akurat do jej roli przyczepić się nie mogę, wyglądała seksownie, grała ciekawie, ładnie mówiła po rosyjsku, co tylko dodawało jej uroku. Natomiast sam film za bardzo ociekał efektownymi scenami pościgów, walki, strzelania, a za mało było szpiegowskich podchodów rodem ze Spy Game. Gratulacje dla Daniela Olbrychskiego, ze swojej roli rosyjskiego agenta wywiązał się doskonale. Pasował tam jak ulał, słowiańska krew jest nie do podrobienia.

***

Czy mam jakieś noworoczne postanowienia? Czy ja wiem? Nie bardzo, ale... jakby się dało... 1) Chciałbym może mniej czasu spędzać bezproduktywnie przed komputerem. 2) Jednocześnie chciałbym więcej i z większą regularnością aktualizować Trzęsienie czasu, moje nowe dziecko.

Właśnie, jeśli chodzi o blog, to 3) chciałbym nadać mu trochę nowy kształt. Szata graficzna jest już zmieniona, teraz czas na treść. W miarę możliwości 4) będę raz w tygodniu recenzować krótko film, książkę, album muzyczny. Nie zawsze będą to nowości, śmiem nawet twierdzić, że w większości będą to rzeczy już znane, może nawet przebrzmiałe. A może i nie?

Aby jednak tego dokonać muszę spełnić postulat nr 1. Bo wprawdzie obejrzenie filmu trwa 1,5 - 3 godziny, podobnie kilkukrotne przesłuchanie płyty, to jednak książkę czyta się trochę dłużej, zależnie od jej długości. Dlatego też mniej komputera, więcej czytelnictwa. O tak!

Wam również życzę wszystkiego najlepszego w nowym, 2011 roku, spełnienia marzeń, wykonania noworocznych postanowień, skutecznego rzucania palenia, odchudzania, regularnej nauki, mniej przeklinania, aktywnego udziału w życiu lokalnej społeczności, wstąpienia do partii, związku, stowarzyszenia, Ku-Klux-Klanu, robienia masy, jedzenia kiełbasy, wielu miłych chwil. Trzymajcie się i z niecierpliwością czekajcie na kolejny wpis, być może pokuszę się o podsumowanie minionej dekady. Za błędy przepraszam, ale napisanie powyższego zajęło mi, z przerwami, prawie 2 godziny, a nie chce mi się jeszcze raz czytać tych wypocin.
Adios!

Brak komentarzy: