środa, 9 lutego 2011

Blackfield - Live in NYC

Moim największym i chyba najbardziej nieoczekiwanym odkryciem muzycznym był zespół Porcupine Tree, na który natknąłem się pod koniec 2006 albo na początku 2007 roku. Z pewnością było to trochę późno, jednak gdy już raz posłuchałem ich muzyki, wszedłem dość głęboko w tę muzykę. Zespół (początkowo jednak Porcupine Tree było pseudonimem Stevena Wilsona, który dużo nagrywał sam) zaczynał w latach dziewięćdziesiątych, silnie inspirowany muzyką Pink Floyd. Wpływy te szczególnie słychać na albumach Voyage 34: The Complete Trip i The Sky Moves Sideways.

Z czasem muzyka Porcupine Tree ewoluowała w nieco cięższą stronę, brzmienie jest obecnie bardziej metalowe, jednak z dużą dozą niezmiennej od zawsze melancholii. Ostatni album grupy, The Incident z 2009 roku jest ich najlepiej sprzedającym się wydawnictwem, tym samym umacniając ich pozycję na rynku muzycznym.

Jednakże frontman Porcupine Tree, wspomniany wyżej Steven Wilson nie uznaje stagnacji twórczej i wciąż szuka nowych nurtów. Dlatego też około roku 2001, wraz z izraelskim muzykiem Avivem Geffenem, założył Blackfield. Zespół, w którym ten niezwykle płodny autor mógł podążyć w bardziej romantyczną, popową stylistykę. Współpraca ta zaowocowała jak dotąd dwoma albumami Blackfield (2004) i Blackfield II (2007)

W październiku 2007 roku natomiast ukazało się nagranie z koncertu w Bowery Ballroom w Nowym Jorku, zatytułowane po prostu Blackfield - Live in NYC. Nabyłem ten album dopiero parę dni temu, dlatego teraz go recenzuję.

Recenzja tego koncertu nie może być inna: jest on po prostu świetny. Nie ma tam żadnej przesady, zbędnych efektów wizualnych, laserów, ruchów kamer w stylu Matrixa - po prostu udokumentowane 18 utworów, tylko muzyka. Steven i Aviv nawet nie są zbyt rozmowni. Najdziwniejszym elementem jest twarz Aviva Geffena, pokryta srebrnym brokatem. Geffen jest znany ze swego nieco adrogynicznego wizerunku scenicznego (inspirowanego zapewne Davidem Bowie'm).

Blackfield zagrał prawie wszystkie piosenki z obu albumów, a także utwór Alanis Morisette - Thank You. Wszystkie wykonania brzmią dużo bardziej drapieżnie niż oryginalnie, jednak nie tracą ani trochę swojej wartości emocjonalnej. Wilson momentami zapomina się, w którym gra zespole, i gra solówki jak z Porcupine Tree. Całość tylko na tym zyskuje, nabiera bardziej eklektycznego charakteru.

Najlepiej będzie, jeśli pozwolę tym piosenkom na samodzielną obronę.

Hello
 The Hole in Me
End of the World
My Gift of Silence
Na koniec powiem, że 28 marca będzie miał premierę trzeci album Blackfield, zatytułowany Welcome to My DNA. A już 14 i 15 kwietnia polska publiczność będzie mogła na żywo ocenić nowy materiał na koncertach w Warszawie i Krakowie. Sam wybieram się na ten drugi i z pewnością nie omieszkam zamieścić tutaj recenzji z tego wydarzenia. Po obejrzeniu (i przesłuchaniu, gdyż Live in NYC mam wersji DVD+CD) mam jeszcze większą ochotę na ten koncert i szczerze powiem, że nie mogę się już doczekać.

Brak komentarzy: