sobota, 24 lipca 2010

Open'er 2010

Tegoroczny Heineken Open'er Festiwal był zdominowany przez solidne gitarowe granie, co jednak wcale nie oznacza, że zabrakło solidnych elektronicznych brzmień.

Nie będę opisywać tutaj doskonałych koncertów, na których mnie nie było, gdyż mijałoby się to z celem tej relacji. Opowiem o tych, które widziałem, choćby nie w całości. Jednak relacja z wyjazdu rozpoczyna się dwa dni przed samym Open'erem, kiedy to uczestniczyliśmy w Poznaniu w koncercie Charlotte Gainsbourg.

Wieczorem 29 czerwca pojawiliśmy się na dziedzińcu poznańskiej Starej Rzeźni. Tak, tak, Stara Rzeźnia to nie
nazwa klubu, a miejsca, w którym od końca XIX do lat 90. XX wieku lała się krew. Idealne miejsce na koncert.
Na początku grała Renate Jett, która zniechęciła mnie do siebie po pierwszych zaśpiewanych nutach. Z każdą piosenką utwierdzałem się w przekonaniu, że to naprawdę kiepski wykonawca. Piosenkom brakowało melodii, czegoś co mogłoby porwać publikę i sprawiały wrażenie, jakby wykonawcy nie do końca wiedzieli jaki rodzaj muzyki chcą grać. Stąd też usłyszeliśmy kawałki melancholijne w stylu Sigur Rós, reggae, elektroniczne z dużą ilością delayów a'la frywolne improwizacja Omara Rodrigueza, a także ciężkie metalowe gitary przywodzące na myśl Linkin Park. Jednym słowem sieczka idealna, która skutecznie mnie zmęczyła. Jedynym pozytywnym punktem tego występu była ostatnia zagrana piosenka - Ostatnia niedziela Mietka Fogga. Mietek Fogg to był równy gość. Daj mi te jedną niedzielę, ostatnią niedzielę a potem niech wali się świat! To je
st prawdziwa piosenka o niespełnionej miłości. Wiecie, że przed wojną kolesie zamawiali sobie tę melodię u orkiestry a potem strzelali sobie w łeb. Chcieli, żeby to była ostatnia piosenka w ich życiu. Bo jest prawdziwa. Nie mówi o tym, że widziałem ptaka cień albo, że wszystko się może zdarzyć!

I tak zeszło do 23, kiedy to pojawiła się Charlotte ze swoją świtą. Zagrała solidny koncert, którego bardzo dobrze się słuchało. Nie brakowało momentów ostrzejszych, jednak w głównej mierze występ wypełniały delikatne ballady o lekko onirycznej nucie. Niestety byłem już zbyt zmęczony aby w pełni to docenić, po czasie jednak mogę stwierdzić, że warto było iść.

Potem
po 10 minutach snu w samochodzie i kolejnych 3 godzinach w łóżku należało się zebrać i jechać do Gdyni. Wyjazd zaplanowany na 6:30 znów opóźnił się o pół godziny, co jednak znów nie pokrzyżowało planów i do Gdyni dotarliśmy po 4,5 godziny, jadąc ze średnią prędkością 71 km/h.

Pani Gabriela, u której wynajmowaliśmy pokoje na początek nas wystraszyła, mówiąc, że ma wpisany tylko pokój dla czterech osób. Na szczęście po chwili rozmyślań i poszukiwań wpisu w zeszycie jednak znalazł się także "nasz" dwuosobowy pokój. Grunt to dobra organizacja i czytelne zapiski.


Cały dzień obijania się w cieniu na dzikiej plaży nie dodał naszym zmęczonym ciałom opalenizny, ale morska bryza odświeżyła je, a także nasze umysły, abyśmy lepiej mogli przeżywać kolejne cztery
koncertowe dni.
Także do rzeczy.


1 lipca, pierwszego dnia festiwalu w całości widzieliśmy jedynie koncert Tricky'ego w scenie namiotowej. Tricky to jedna z czołowych postaci sceny trip-hopowej. Koncert był bardzo dobry, ale to bardziej zasługa reszty muzyków, w tym doskonałej wokalistki, której głos poruszał ludzi do tańca. Sam Tricky głównie palił ćmiki, chodził po scenie albo rzucał się jakby miał ataki padaczki. Doskonałym pomysłem było zaproszenie na scenę kilkudziesięciu ludzi z widowni i zrobienie tam sporej imprezy. To się nazywa dobry kontakt z publicznością.

Wcześniej widzieliśmy Bena Harpera and Relentless 7 i mogliśmy usłyszeć parę naprawdę srogich riffów. Na sam koniec posłuchaliśmy przez chwilę jak Groove Armada męczy się grając jakiś dziwny kicz z równie kiczowato wyglądającą i zachowującą się wokalistą Sugababes. Potem poszliśmy napi
ć się trochę wódki.

Drugi dzień upłynął głównie na czekaniu na koncert Massive Attack, który, co tu dużo mówić, był klasą samą dla siebie. Zespół zagrał największe przeboje i w zasadzie wszystkie, na których mi zależało: Teardrop, Angel, Safe from harm, Karmacoma, Mezzanine. Doskonale brzmiał stary czarny pan z głosem jak kobieta. Chyba najlepszy koncert festiwalu. A na pewno nieporównywalny z żadnym innym.

Wcześniej zajrzeliśmy na Grace Jones, ale głupkowata scena namiotowa była przepełniona i nic nie było widać. A i słychać było kiepsko, więc oddaliliśmy się już po pierwszej piosence.

Po Massive Attack poszliśmy obejrzeć Cypress Hill. Fajny rapik, ale na dłuższą metę męczący.

Dzień trzeci upływał dosyć leniwie. W czasie, gdy na scenie męczył się polski raper L.U.C., urwaliśmy sobie krótką drzemkę na lotniskowej trawce. Koleżka LUC, podobnie jak OSTR i inni polscy raperzy, ma misję ratowania świata przed kiepską muzyką i przed bakteriami z Toi Toiów. Ok. Ale miło się spało.

I pewnie byłoby leniwie, gdyby na scenie nie pojawiło się Skunk Anansie. Wokalistka Skin miała pełną władzę nad publicznością, zachowywała się dziko, a po całym zespole w ogóle nie było widać, że miał kilkuletnią przerwę w występach. Koncert nr 4 Opener
a.

Po Skunk Anansie grało Kasabian. Nie mam tu nic do powiedzenia, bo trochę się wynudziłem.

Dzień czwarty rozpoczął się od srogiego koncertu The Hives. Pelle Almqvist jest mistrzem jeśli chodzi o kontakt z publiką. Gdy kazał wszystkim usiąść, to wszyscy (prawie) usiedli. Fajny widok. No i same piosenki oczywiście doskonałe. Stare ale jare Die, allright!, Hate to say I told you so, Two-timing touch and broken bones, Walk, idiot, walk, czy nowsze Tick Tick Boom i Won't be long. No wspaniały set. Koncert nr 3 openera.

Po The Hives na scenie pojawił się Jack White i spółka po raz trzeci w Gdyni, czyli The Dead Weather. Na początek puszczony z taśmy stary bluesowy kawałek, ale za moment skończyło się słodkie pojękiwanie i Allison Mosshart zaczęła drzeć ryja do mocnych riffów. Jack White na perkusji sprawuje się równie dobrze jak na gitarze (i na pewno o wiele lepiej od Meg White). Kulminacyjnym momentem koncertu był utwór Will there be enough water, w którym Jack grał na gitarze i śpiewał z Allison do jednego mikrofonu. Epicka chwila. Całość dopełniona przez zagrane na bis Blue blood blues i Treat me like your mother sprawiła, że był to najlepszy, obok Massive Attack, koncert tegorocznego Openera.

Tak więc oto mamy przegląd tego, co widzieliśmy w tym roku. Trochę późno to wrzucam, ale cóż. Lepiej późno niż wcale. Do zobaczenia za rok.

3 komentarze:

gmoszek pisze...

Fajna relacja, w zasadzie się zgadzam, jednak rozszerzyłabym notę o kasabian na rzecz the hives ; p

St. Benji pisze...

Trzeba było napisać, jak Ci mówiłem. ; p

Bilety na Koncerty i Festiwale pisze...

tez potwierdzam ze fajna relacja.. zaluje ze nie bylem od poczatku. Nas + Damian Marley i Novika zrobili na mnie największe wrazenie...
A jak u was z tematem bilety na festiwal ? bez problemu?