środa, 1 września 2010

Paris, Paris


Po bezproblemowej, 1300-kilometrowej podróży, dotarliśmy do Paryża - miasta wieży Eiffla i szurniętych kierowców jeżdżących jak im się chce po rondzie wokół Łuku Tryumfalnego, a także Arabów i Murzynów sprzedających malborasy i philipy morissy na rogach co ruchliwszych uliczek, także tej, przy której stoi Hotel Angielski.

Ilość samochodów, a także bezpardonowy sposób jazdy wprawił mnie w osłupienie, a wspomniany już Łuk okazał się zdecydowanie większy, niż wydawał mi się po obejrzeniu kilku zdjęć. Spacer po Champs-Elysses był doskonałą okazją do obejrzenia kilku ciekawych modeli Peugeota, okularów Chanel, Corvetty Sting-Raya, a potem egipskiego obelisku na Placu Zgody. Obelisk ten ma jakie
ś milion lat, a tysiąc lat temu przywiózł go tam Napoleon. Także za Napoleona zbudowane metro, którym można dojechać na plac Pigalle, na którym, jak wiadomo, rosną najlepsze kasztany. Ilość sztucznych kutasów wyglądająca z każdej witryny sklepowej przyprawiała o zawroty głowy.

***

Dzień drugi, nie licząc wielkiego kościoła Sacre-Coeur, stał pod znakiem muzeów. Dotarliśmy bowiem do czterech, a mianowicie: Muzeum Sztuki Naiwnej, Muzeum Montmartre, Espace Dali i muzeum pornoli, która się ładnie nazywa Muzeum Erotyki. Sztuka naiwna polega n
a tym, że dorosłe chińczyki rysują kredkami na papierze niczym przedszkolaki, ewentualnie majstrują coś z kartonu. Poniżej można zobaczyć próbkę.

W muzeum Espace Dali można obejrzeć ponad 300 prac Salvadora (jesteśmy już na ty), ale nie można było robić zdjęć, więc nic Wam nie pokażę. Ciekawe były wszech obecne "rozlane" zegary. Fajny był słoń z piramidą na głowie. Takie tam.

Wieczorem przyszedł czas na główną i najwyższą, stalową atrakcję. Ostatni raz na Wieży Eiffla byłem chyba z 14 lat temu i jedyne co zapamiętałem, to olbrzymie śruby. Okazało się, że nie były one takie wielkie, jak mi się wtedy wydawało. Bez
względu jednak na jakieś śrubki, nocna panora
ma Paryża zapiera dech w piersiach. Każdy poważniejszy zabytek jest dobrze oświ
etlony i widać nawet Łuk Tryumfalny, który z wieży wydawał się malutki. Jako dowód tego pięknego widoku - zdjęcie poniżej.



***

Trzeci dzień poświęcony był w całości Luwrowi. Jest naprawdę dużo eksponatów i jeden dzień to stanowczo za mało na obejrzenie wszystkiego. Wstęp - 11€, ale dla obywateli UE w wieku 18-25 lat - za darmo. Na coś się jednak ta Unia przydaje.

Oprócz oczywistych atrakcji, takich jak Mona Lisa czy Wenus z Milo, na uwagę zasługuje fakt, że w Luwrze stoi także prawnicza perełka - stela z wyrytym Kodeksem Hamurrabiego. Eksponat liczący ok. 20.000 lat budzi podziw. Chodzenie po Luwrze to naprawdę męczące zajęcie.

***

Z dnia czwartego najlepiej pamiętam autoportret Van Gogha w Orsay i lody o smaku karmelu z imbirem. Miałem także okazję obejrzeć jakiś (chyba główny) sąd albo trybunał. Budynek w środku wygląda dostojnie. Nad wejście wyryte są hasła rewolucji francuskiej, a wewnątrz czuć powagę miejsca. Notre Dame i gargulce.

***

Dzień V. Zdecydowanie najzabawniejsze miejsce - Centre Georges Pompidou - muzeum (ile można chodzić po muzeach, do diaska?!) sztuki nowoczesnej. Można tam między innymi znaleźć słynny pisuar Duchampsa itp. Szkoda gadać. Po prostu Wam pokażę.


Chociaż większość prac była pozbawiona sensu, ich oglądanie było zajęciem ciekawym, nienużącym i sprawiało dużą frajdę.

Victorowi Hugo musiało się niewygodnie mieszkać w mieszkaniu pod numerem 6, skoro miał tam muzeum Victora Hugo i wszędzie jakieś gabloty.

A w biurowej dzielnicy stoi Wielki Łuk Braterstwa zaprojektowany przez Duńczyka Johanna Otto von Spreckelsena. Jest on formą uczczenia ludzkości i idei humanitarnych. Łuk jest prawie idealnym sześcianem.
***

Ostatni dzień rozpoczęliśmy od spaceru po Lasku Bulońskim, po którym w dzień biegają sobie biegacze, a wieczorami prostytuują się prostytutki. Ogólnie pochodziliśmy po dzielnicy 16., bogatej części miasta, w której babcie w białych rękawiczkach wyprowadzają na plac zabaw wnuczki ubrane w ciuchy najlepszych dyktatorów mody, a w wolnym czasie idą na targowisko i wybierają mięso oraz owoce awokado, aby zrobić z nich jedzenie na przyjęcie. Tam stoi też muzeum Moneta.

A potem było muzeum wina, które mnie trochę zawiodło, bo pomimo wysokiej ceny za wejście, nie miało wiele do zaoferowania. Zobaczyłem różne maszynki do nalewania, sporządzania, destylowania, przechowywania wina itd. Aczkolwiek mogłem zobaczyć wino, które grało w filmie Matrix: Reloaded - Chateau Haut-Brion. Różniły się tylko rocznikami. Jako fan filmu chętnie bym je kupił, ale cena - 360€ - była zaporowa.

Stamtąd wolnym krokiem na Pola Marsowe w celu konsumpcji bagiety i wina, podziwiania raz jeszcze Wieży i w zasadzie tutaj się kończy ta historyjka. Pozostaje tylko powrót do domu. Deszczowy i zimny, bo przez Niemcy. Tym razem jednak mieli adaptor do gazu.

Brak komentarzy: