wtorek, 19 kwietnia 2011

Król grypser?

W razie gdyby ktoś wciąż twierdził, że tatuaże to tylko domena więźniów:
W środowiskach arystokratycznych i wyższych sferach towarzyskich Europy zainteresowanie tatuażem gwałtownie wzrosło, kiedy prasa londyńska doniosła o posiadaniu motywu smoka przez księcia Walii, późniejszego króla Edwarda VII (1841-1910), który podczas wizyty w Japonii poddał się zabiegowi u tamtejszego mistrza tej sztuki, Hori Cijo. Trend ten spowodował wyraźną zmianę ikonografii tatuażu: dotychczas często przypadkowe, o niespójnej tematyce i nieprofesjonalnie wykonywane motywy zastąpiły wizerunki inspirowane klasycznym malarstwem zachodnioeuropejskim, sztuką Dalekiego Wschodu, a szczególnie kunsztowną estetyką tatuażu japońskiego. Jak dowodzi A. Jelski, spowodowało to "polaryzację w ramach tatuażu, którego tradycyjny nurt, w literaturze przedmiotu nazywany podziemnym, środowiskowym, czyli przestępczym lub ludowym, funkcjonował własnym życiem i nadal był kontynuowany. Kunsztowne tatuaże, popularne w wyższych sferach, rozsławiła jeszcze prasa i literatura, kreując na nie modę w państwach Europy zachodniej, a wkrótce również w Stanach Zjednoczonych. Powstawały pierwsze studia tatuatorskie, których pionierem był David Purdy w Londynie w 1870 roku. Wprowadzenie i udoskonalenie elektrycznej maszynki do tatuowania było naturalną konsekwencją nowo powstałej mody. Spowodowało to możliwość wykonywania na ciele nawet najbardziej kunsztownych "haftów" również przez uboższe warstwy społeczne. (A. Jelski, Tatuaż)
Mnie tam się w zasadzie nie podobają tatuaże, ale jak ktoś lubi i usłyszy, że pewnie wyszedł z mamra, to ma teraz mocną kartę w ręce.

Król nie grypser.

Brak komentarzy: