
Opublikowana w 1995 roku powieść Nagi lunch jest książką, którą czyta się niezwykle ciężko. Czyta się ją równie ciężko, jak recenzuje, a gdybym miał scharakteryzować ją w dwóch słowach, wyglądałoby to zapewne tak: narkomańska paplanina.
Nagi lunch został napisany przez Williama S. Burroughsa, przedstawiciela nurtu, Beat Generation lub bardziej po polsku - bitnicy. Do najważniejszych dzieł tego kierunku należą także On the road Jacka Kerouaca i Howl Allana Ginsberga. Jeżeli ktoś czytał te książki i może powiedzieć, że są podobne do Nagiego lunchu, niech mi to napisze, żebym nie tracił czasu na ich czytanie.
W pisanym pod wpływem narkotyków (o czym autor wspomina w pisanym na trzeźwo wstępie) Nagim lunchu, ciężko doszukać się konkretnej fabuły. Książkę można czytać od początku, od końca, od środka i tak czy inaczej nie będzie ona miała sensu. Treść ogranicza się do opisywania rytuałów narkomanów-homoseksualistów urządzających orgie i molestujących dzieci. To w skrócie.
Główną postacią jest William Lee, alter ego autora, głównie ćpa i ucieka przed policją.
Wprawdzie można by się doszukiwać w powieści sprzeciwu wobec polityki, totalitarnych rządów, kiepskiego wymiaru sprawiedliwości. Pytanie tylko - czy jest sens? Czy tego samego nie dostarczają inne książki, napisane normalnie, z klasyczną, liniową fabułą? Przyznam, że po obejrzeniu filmu Cronenberga oczekiwałem od książki czegoś zupełnie innego, spodziewałem się ciekawej opowieści o maszynach do pisania zmieniających się w gadające robale. Jestem nią natomiast tak zdegustowany, że od niechcenia napisałem tylko tyle ile było konieczne, aby zniechęcić innych czytelników - nie marnujcie swojego cennego czasu na Nagi lunch.
Ewentualnie polecam wstęp i zakończenie, które są nawet ciekawe. Zwłaszcza w zakończeniu Burroughs już na trzeźwo opowiada jakie są fazy po jakich dragach, jakie są metody leczenia itp.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz