czwartek, 7 marca 2013

Szczyt marzeń

Ciekawe inspiracje zwykle dopadają ludzi w trakcie posiedzenia na kiblu.nie jest mi od tego tak daleko, jestem bowiem znów na Dworcu Centralnym w Warszawie i, czekając na pociąg, kręcę się jak przysłowiowe gówno w przeręblu. Nuda straszna i zimno, więc trzeba się czymś zająć, a jak się nie wie co robić, najlepiej jest blogować.

Czytając dziś w ciągu dnia komentarze na różnych serwisach, dotyczące zaginionych himalaistów, Tomasza Kowalskiego i Macieja Berbeki, którzy jako pierwsi zimą zdobyli Broad Peak, miałem wrażenie, że dla wielu ludzi szczytem marzeń jest siedzenie w piżamce i kapciach przed telewizorem, z piwkiem w ręku oglądając Perfekcyjną panią domu. Wyraźnie dało się odczuć, że wielu komentujących nie rozumie słowa "pasja". Można było przeczytać m.in., że tylko idiota wybiera się w taką podróż, na dodatek zimą. Dla wielu takie zachowanie jest wielkim egoizmem wobec rodziny, która musi się martwić czy tata wróci z wyprawy. Oczywiście z perspektywy osoby, której największym osiągnięciem jest wdrapanie się na dziesiąte piętro, gdy nie działa winda, może to tak wyglądać. Są jednak osoby, których pasją jest przełamywanie granic tego, co wydaje się niewykonalne dla człowieka (i takie dla większości w istocie jest). Tacy ludzie podejmują ryzyko, którego są świadomi i w pełni się na nie godzą. Wydaje mi się, że nazywanie kogoś takiego idiotą jest co najmniej nie na miejscu.

Kolejną sprawą jest już odbywający się sąd nad organizatorami tej wyprawy oraz nad członkami ekipy, którzy nie zdecydowali się zawrócić, aby pomóc kolegom. Organizatorzy raczej nikogo nie zmuszali do wchodzenia na tę górę. Co więcej, plan był właśnie taki, żeby zdobyć szczyt zimą. Zimą w Himalajach oznacza trochę co innego, niż zimą w Radomiu. Himalaiści o tym wiedzą i do takich wspinaczek odpowiednio się przygotowują.


Co do pomocy kolegów - przy wyjątkowo złych warunkach pogodowych, w których dwóch podróżników zaginęło, wysyłanie kolejnej ekipy na poszukiwania byłoby mocno nieodpowiedzialne. Oczywiście może się wydawać, że organizator powinien zrobić wszystko, w celu ratowania ich, jednak czy narażanie na śmierć kolejnych kilku osób, aby poszukiwać zaginionych byłoby odpowiednie? Brzmi to dość okrutnie, ale tak to działa. Podobnie nie wysyła się w trudnych warunkach atmosferycznych helikoptera z kilkoma osobami na pokładzie, aby ratować jednego człowieka. Wiem, że kalkulowanie ludzkiego życia może wydawać się nie na miejscu, ale czyż życie kilku osób, które mogą pomagać tym, którzy znaleźli się w opresji nie jest warte więcej, niż życie jednej ofiary, której uratowanie może być wysoce wątpliwe? Wydaje mi się, że owszem. Dlatego nie oceniam negatywnie tych, którzy ratowali w pierwszej kolejności siebie, a dopiero potem myśleli, co się dzieje z kolegami.

Brak komentarzy: