Protodiakon, który ogłaszał wybór kardynała Ratzingera na papieża w 2005 roku zrobił to we wspaniały, teatralny sposób. Jego przemowa trwała około 3 minuty, doskonale wiedział jak budować napięcie, kiedy robić pauzy, kiedy pozwolić tłumowi się wykrzyczeć. Obwieścił światu (wprawdzie wątpliwą) radosną nowinę w iście radosny sposób. Przy nim protodiakon z 2013 roku, który w dniu dzisiejszym ogłosił wybór kardynała Bergoglio, wypadł mizernie i blado. Wyszedł, w pół minuty odklepał formułkę i się schował. Wyglądał trochę, jakby był chory, ale może w takiej sytuacji powinien wziąć przykład z Ratzingera i pójść na emeryturę?
Spodobały mi się słowa Szymona Hołowni, który obwieścił urbi et orbi, że wyboru papieża dokonał tak naprawdę Bóg. Kardynałowie musieli natomiast ten wybór jedynie zrozumieć. Inaczej - spłynął on na nich pewnie za pośrednictwem Ducha Świętego. Jeżeli tak jest w istocie, że to Bóg wybiera sobie ziemskich pełnomocników, to trochę nieładnie z jego strony, że dwóch jego wybrańców z rzędu przeżyło zamach na swoje życie. A żeby być precyzyjnym - przeżył jeden, jego poprzednik nie miał tyle szczęścia. Oczywiście najpierw Pan Bóg wybrał Karola Wojtyłę na papieża, co było cudem, biorąc pod uwagę, że w zasadzie od daaaaawna nie wybierało się ludzi spoza Włoch. Następnie wystawił go na zamach, by później dokonać kolejnego cudu i uratować go przed śmiercią. Oczywiście nie samemu, tylko rękami wykwalifikowanych lekarzy, którzy swoich umiejętności i wiedzy nie zdobyli w cudowny sposób, tylko ciężką pracą i nauką. Dziwnie pojmowana jest ta wola boża.
Pozdrawiam nowego papieża Franka i życzę mu udanego pontyfikatu. Mazel tov!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz