piątek, 18 lipca 2008

Liczenie wagonów


Wczoraj zacząłem coś pisać, ale jednak skończyłem po jednym zdaniu. To co napisałem wtenczas posiadało jakiś sens, uznałem więc, że bez sensu będzie kontynuowanie tego. Pisanie z sensem jest bez sensu.
***
W czasie, gdy piszę to co piszę, jestem w małej wieży ratowniczej nad zalewem Szałe. Pilnuję tutaj kąpiących się tłumów. Te tłumy to dwie parki wygrzewające się na przeciwległych krańcach pomostu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wchodzi tutaj teraz do wody (kilka godzin po napisaniu tego tekstu przyszła trójka młodych ludzi, z czego dwoje z nich weszło do wody i pływali. Cóż, jeśli lubią się kąpać z małżami gigantami, sinicami, a w dodatku stać ich na dermatologa, to ja nie mam nic przeciwko temu). Jedyni pływający przez cały czas to kaczki i nartniki. Woda jest zielona i choć ta zieleń wynika z naturalnych procesów biologicznych, to wygląda to raczej jakby ktoś wpuścił do akwenu ścieki z całego Kalisza.
***
Tymczasem wokół mnie latają dwie lub trzy wyjątkowo dokuczliwe muchy i będę je musiał zamordować. Zdarza się. (niedługo potem wszystkie trzy padły trupem)
***
Nartnik to owad z podgatunku pluskwiaków różnoskrzydłych. Jego łapki przystosowane są do ślizgowego poruszania się po powierzchni wody. Potrafi pływać lub, jak kto woli, ślizgać się, z prędkością 1,5 m/s.
***
A ja siedzę w tej wieży i czytam. W zasadzie nie mam tu innego zajęcia. Czasami liczę wagony pociągów, które przejeżdżają po drugiej stronie wody. Arcyciekawe zajęcie, polecam gorąco.
***
Pamiętam, że dwa lata temu przepłynąłem sobie ten zalew. Najpierw po skosie z jednego pomostu na drugi (ok 500-600 m), a z powrotem w poprzek (ok. 300-400 m). Dziś nie zanurzyłbym stopy w tej cieczy. Chyba że byłaby taka potrzeba. Topiłby się ktoś.
***
A jakby się utopił, to trudno. Zdarza się.

Brak komentarzy: